Aplikacja ProteGO vs. Google i Apple – Co, Kiedy i Czy uchroni nas przed Koronawirusem?

Aplikacja ProteGo, to rozwiązanie które szykowane było  przez polskich programistów. Miało zapewnić nam bezpieczeństwo, gdy inicjatywa #ZostańwDomu i narodowa kwarantanna powoli będą się kończyć. Czym jest ProteGO i jak się do tego mają Giganci z Doliny Krzemowej? Kiedy będzie gotowe sprawne i bezpieczne rozwiązanie pozwalające powstrzymać rozwój Covid-19? Przeczytajcie!

Na początku kwietnia 2020 Ministerstwo Cyfryzacji na swojej stronie ogłaszało rozpoczęcie prac nad aplikacją pozwalającą na kontrolę kontaktów międzyludzkich, gdy narodowa kwarantanna się skończy. Jak taka aplikacja mobilna miałaby działać? ProteGO miałoby zapisywać „złapane” w zasięg sieci Bluetooth naszego smartfona inne urządzenia i zatrzymywać tę informację przez 14 dni. Komórka informowałaby nas, gdyby okazało się że któryś ze „złapanych” przez nas sygnałów należałby do urządzenia przypisanego do osoby, która jest zakażona koronawirusem. Aplikacja sugerowałaby udanie się na kwarantanne, by ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa.

Osobiście jestem fanem tego typu pomysłów i wykorzystania nowych technologii, które są szyte na miarę aktualnych potrzeb społeczeństwa. Pierwszą taką apkę z powodzeniem wprowadzono w Singapurze, gdzie pobrano ją przeszło milion razy. Inne kraje europejskie takie jak np. Niemcy, Francja, Włochy czy Czechy również prowadzą prace nad podobnymi rozwiązaniami. Pozostaje jednak postawić pytanie. Czy to byłoby bezpieczne? Czy tego typu rozwiązanie nie będzie namierzać nas i naszych ruchów? Czy nasze dane lokalizacyjne, czy dane personalne nie będą fruwać gdzieś po serwerach? Włącza się strach, który zawsze towarzyszy ludziom, gdy ktoś chce zbyt mocno kontrolować nasze życie. Czy słusznie w tym przypadku takie obawy się pojawiają?

By mieć czyste ręce Ministerstwo Cyfryzacji postawiło na transparentność i umieściło kody źródłowe swojej aplikacji na stronie GitHub, by każdy mógł do nich zajrzeć i przekonać się jak rozwiązanie zostało zaprojektowane. Społeczność ma również możliwość komentowania kodu. Jak czytamy na stronie Ministerstwa Cyfryzacji: „Wdrożenie tej aplikacji będzie miało sens tylko wtedy, gdy zyska społeczną akceptację. Dlatego zależy nam, aby prace nad nią były transparentne. Polska jest jednym z pierwszych krajów, które chcą wdrożyć takie rozwiązanie”.

Ministerstwo Cyfryzacji na swojej stronie informuje, że aplikacja nie będzie w żaden sposób zapisywać innych danych niż wspomniane wcześniej „połączenia” różnych napotkanych przez naszą komórkę innych urządzeń w „niebieskiej” sieci. Problem lub pewnego rodzaju ograniczenie tej idei jest konieczność włączenia Bluetooth w komórce. Osobiście jest to pierwsza rzecz, którą wyłączam w smartfonie, ponieważ zżera baterie a nic mi nie daje (poza zestawem głośnomówiącym w samochodzie). Dane o napotkanych innych urządzeniach byłyby przechowywane przez aplikację na naszym smartfonie i nie byłyby nigdzie wysyłane (pomijając momentu, gdy oznaczymy swoje urządzenie jako zainfekowane). To zapewnienie, plus podgląd kodu źródłowego powinny uspokoić tych, którzy martwią się o swoją prywatność (która przecież i tak w dzisiejszych czasach nie istnieje, prawda? 🙂 )

Skąd aplikacja wiedziałaby, że ktoś zachorował? Nie wiedziałaby. To użytkownik musiałby zaznaczyć to w swojej aplikacji. Wówczas inne smartfony, które w 14 dniowej historii kontaktów miałyby to urządzenie zapamiętane – otrzymałyby informację o zagrożeniu zarażeniem. Naturalnie byłaby brana pod uwagę długość i częstotliwość „spotkań” naszych smartfonów zgodnie z wytycznymi WHO. Osoby, w których telefonach komórkowych pojawiłby się status czerwony nie zostałyby z tym same. Inspekcja Sanitarna również otrzymałaby taki sygnał, co pozwoliłoby szybciej kierować na kwarantanne osoby zagrożone.

Musimy pamiętać, że sytuacja globalnej pandemii zmusza nas do podjęcia nietypowych środków. Należy podjąć walkę razem na rzecz lepszego jutra, gdzie nie będzie już zagrożenia SARSCoV2. Idea świetna w swej prostocie. Potrzebna jest jednak pełna solidarność i ogólnopolskość (lub nawet światowość) takiego rozwiązania.  Jak czytam na stronie Ministerstwa Cyfryzacji: „Aby ten system zadziałał potrzeba kilku czynników. Po pierwsze – możliwie największej grupy użytkowników. Po drugie – społecznej solidarności i odpowiedzialności. Im więcej osób będzie z niej korzystało, tym więcej osób – w razie ewentualnego ryzyka – będzie świadoma zagrożenia, podejmie odpowiednie kroki, np. zastosuje kwarantannę. Do solidarności i odpowiedzialności społecznej odwołujemy się w przypadku osób, które dowiedzą się o swojej chorobie. To od ich reakcji zależy, ile innych osób uda się uchronić przez zarażeniem”.

Użytkownik posiadający aplikację na swoim telefonie mógłby zobaczyć trzy statusy. Zielony – Nie miałem kontaktu z chorym, Czerwony – miałem kontakt z chorym, Żółty – nie minęło jeszcze 14 dni od zainstalowania aplikacji – brak danych.

Instalując aplikację trzeba będzie zarejestrować się swoim numerem telefonu i włączyć Bluetooth, jednak komunikacja między urządzeniami miałaby odbywać się przy pomocy losowych identyfikatorów.

Cały artykuł napisałem w trybie przypuszczającym… celowo. Ponieważ nie wiem, czy polska aplikacja ProteGO powstanie, a jeśli powstanie… to czy dalej będzie posiadać wyżej wspomniane przeze mnie funkcję. W zeszłym tygodniu przez świat przeszła informacja, że dwaj giganci z Doliny Krzemowej Google i Apple zdecydowały się podjąć współpracę (słyszycie to?!) na rzecz stworzenia jednego… spójnego protokołu Contact Tracing, przy pomocy którego programiści tworzyliby rozwiązania pozwalające na weryfikowanie siatki kontaktów urządzeń zgodnie z powyżej opisaną ideą. W kolejnych miesiącach, taką funkcję Google i Apple, którzy mają 99% rynku smartfonów w swoich rękach wprowadzą do swoich systemów operacyjnych. Dzięki temu, smartfony nawet bez zainstalowanej konkretnej aplikacji mogłyby sprawdzać, czy miały kontakt z urządzeniem uznanym za „zakażone”.

Twórcy aplikacjji ProteGo przestali więc pracować nad swoim protokołem Contact Tracing i zaczęli przygotowywanie aplikacji pod API dostarczone przez Google i Apple. Podobne kroki również podejmują inne kraje. Już teraz w sklepach Apple i Google widać niechęć do aplikacji, które  mogłyby być niekompatybilne z rozwiązaniem szykowanym przez gigantów z USA, dlatego pora przyjąć inną taktykę. Aplikacje nie są akceptowane przez opiekunów sklepów. Co z tego wyniknie i kiedy Polacy otrzymają rozwiązanie pozwalające na namierzanie „chorych” urządzeń w przestrzeni publicznej… i czy stanie się to przed zakończeniem narodowej kwarantanny? Trudno powiedzieć! Mam nadzieję, że owszem i trzymamy kciuki za Twórców! (Więcej na ten temat Tutaj).

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.